No icon

Świat

DOLINA BOGÓW LECHA MAJEWSKIEGO – DOBRA NOWINA DLA NORMALNYCH LUDZI, ZŁA DLA KOLABORUJĄCYCH Z REŻIMEM KONFORMISTÓW

To dopiero film! Warto było pójść do kina Helios, oczywiście jak zwykle bez masek i bez żadnych ceregieli, „dystansów społecznych”, rytualnego umywania rąk na wejściu od odpowiedzialności za własne życie, etc., choć nie obyło się bez krótkiej rozmowy z dziewczyną w kasie, która zgodnie z rozkazem najpierw zdecydowanie odmówiła nam sprzedaży biletów żądając założenie masek na twarze (sic!), jednak po przedstawieniu zaświadczenia z aktami prawnymi dostępnego każdemu gratis do wydruku pod tym adresem i po minucie merytorycznej perswazji, a także ostrzeżeniu o grożących jej konsekwencjach, jeśli nam biletów nie sprzeda, rozsądnie się wycofała, bilety wydała życząc miłego seansu.

Następna była bileterka wpuszczająca do sali, przebranżowiona dodatkowo, jak reszta załogi, na lokalnego kapo, który ma nadzorować gości i pilnować, czy podporządkowują się totalniackiej tyranii, która przed seansem (bileterka, nie tyrania, chociaż może obie) krążyła zamaskowana po piętrze spryskując jakimś podejrzanym specyfikiem co tylko w okolicy popadło, wyprodukowanym przez ewidentnie złych ludzi, kapitalizujących tragedię fałszywej pandemii covid-1984, niczym żydzi działania wojenne, tworząc wówczas we współpracy z Hitlerem i jego reżimem oraz fundatorami z Wall Street swoje słynne fortuny krwawych milionerów, budowane na ludzkiej krzywdzie, na ich śmierci, także własnych współplemieńców Ostjuden przeznaczonych w końcu na ofiarę całopalną, zwaną z greckiego „holocaust”, gdyż w tych chałatach, kołpakach i tałesach, nie pasowali do wizerunku przyszłej, choć w patologicznej świadomości plemiennej odwiecznej, rasy panów.

To całe spryskiwanie jest niczym innym, jak absurdalnym, mechanicznym działaniem ludzkich robotów, które idealnie spełnia definicję - jak to niegdyś celnie ujął p. Krzysztof Karoń – tzw. ”gówno-pracy”, czyli wykonywania czegoś, z czego nie ma kompletnie żadnego pożytku dla społeczeństwa, a wręcz przeciwnie, jest społecznie kontr-produktywne, jak na przykład granie na giełdzie, czy zupełnie zbyteczna praca setek tysięcy urzędników w Polsce. Tu sprawa była prostsza; kiedy dziewczyna przechodząc obok nas z tym swoim rozpylaczem poprosiła stanowczo, żebyśmy nałożyli maski i to w tej chwili, została poinformowana, że ich nie posiadamy, nie nosimy i nie zamierzamy zakładać, mamy zaświadczenie, przyjęła to do wiadomości i kiedy już zaczęła wpuszczać na salę nie robiła nam żadnych problemów, zwracając się jedynie do mnie w sprawie syna, który nas o kina dziś zabrał: „państwo to wiem, a ten pan?” Odparłem, że ten pan jest z nami i weszliśmy na salę. Naturalnie usiedliśmy koło siebie, nie zachowując żadnych odległości co drugi fotel, ignorując nielegalne rozporządzenia rządowe oraz ich sygnatariuszy, włącznie z podłym premierem Morawieckim.

Ale do rzeczy, bez nadmiernego zdradzania fabuły, bo film pierwsza klasa, jak większość filmów Lecha Majewskiego, którego wszyscy zresztą bardzo lubimy i od lat cenimy. Reżyser, jak pewnie wiadomo tym z Państwa, którzy znają jego twórczość, ma dość krytyczny stosunek do współczesnej ludzkości, czemu dał mocny wyraz w poprzednim, świetnym filmie Onirica, definiując potrzebę zmiany w prostych czterech słowach: „trzeba zaorać ten hipermarket” i przedstawiając w scenie końcowej spodziewane rozwiązanie.

Nie inaczej było tym razem, Lech Majewski totalnie rozprawił się z establishmentem politycznym, finansowym gospodarczym i wszelkim innym, wykazując mu w scenach filmu sugestywnie, że jest niewart funta kłaków, pędzi de facto żywot niewolniczy służąc gardzącemu nim szatanowi na własne życzenie, z nieprzymuszonej woli, po własnoręcznym podpisaniu cyrografu, w którym za partykularne korzyści, spokojne i dostatnie życie, za blichtr sławy oraz pozycji społecznej, ów domniemany, pożałowania w istocie godny, nieszczęsny „establishment” poświęca diabłu własną wolność oraz duszę i prześladuje innych.  

Tak p. Morawiecki, Lech Majewski nakręcił film o waszym gównianym świecie, o was, konformistach, chciwych zdrajcach i kopniętych masonach podległych plemieniu żmijowemu przedstawionemu alegorycznie w postaci potężnej, srebrnej, księżycowej hybrydy łączącej w sobie w świetnej animacji komputerowej długą limuzynę, przechodzącą w pociąg, przechodzący w syczącego węża, o ludziach bez honoru i bez serc, bezgodności, bez odrobiny nawet człowieczeństwa, bez żadnej rzeczywistej wartości. Ludzi, którzy zamknięci w swoich niewolniczych klatkach, skąd bez problemu mogą wyjść, z nich nie wychodzą, sami opuszczając za sobą kraty.

To firm metafizyczny z pozytywnym przesłaniem i wieloma alegoriami oraz metaforami, nie dla każdego czytelnymi, jak to u Lecha Majewskiego, który będąc własnym producentem, reżyserem oraz operatorem kamery (do spółki), może sobie pozwolić na zrobienie dokładnie takiego filmu, jaki chce zrobić, nie musi się z nikim liczyć, nikogo słuchać, bo wie, że robi filmy ważne, na które czeka jego wierna publiczność. A pracują z nim najlepsi; główną rolę w Dolinie Królów gra niebyle kto, bo sam John Malkovich, wciąż w świetnej formie. To w filmie sam szatan i najbogatszy człowiek na świecie, wystrzeliwujący należące do królowej Wielkiej Brytanii Rolls Royce’y z katapulty w spektaklu dla podporządkowane sobie materializmem wypasionej, żałosnej intelektualnie gawiedzi typu Rotszyld, Blankfein, Rockefeller i s-ka, największy przemysłowiec na tym globie, który wyjawia mężowi owej prawniczki granemu przez  Josha Hartnetta prawdziwy cel finansjery oraz korporacji przemysłowych, którym przewodzi i które niewoli na ich egoistyczne życzenie. Otóż, nie chodzi o dalsze bogacenie się, o eksploatację dóbr, kopalin, w tym przypadku uranu znajdującego się na ziemi zachowujących tradycję ojców Indian Navajo, a o religię, o duchowość człowieka, o Boga, którego poprzez swoją patologiczną cywilizację szatan chce w ludziach zabić. Chce Go zabić z zawiści, gdyż jako diabłu, mimo całego bogactwa i władzy nieszczęśliwemu, bez nadziei, zmuszonemu do wiecznego żywota, niedostępne jest mu prawdziwe człowieczeństwo, szczęście oraz współczucie i miłość, dlatego stara się pędzić żywot niczym dr Jeckyll i Mr Hyde, raz pławiąc się w zbytku luksusowego piekła na wysokiej górze, a innym razem zakradając się na Ziemię w żebraczym niemal przebraniu i pożerając chciwie zwykłe, ludzkie jabłko, wybrane z kosza na śmieci jakiegoś sklepu. Panie Morawiecki, oto twój szef i twoja wielkość.

Jedna z głównych bohaterek, prawniczka, wyrzuca swojemu mężowi (Josh Hartnett), że nie żyje w realnym świecie, jest pisarzem, a nie ma nawet smartfonu, ani komputera i lubi pisać piórem z atramentem na luźnych kartkach papieru, podczas gdy to ona – jak mylnie sądzi – posiadając wszystkie atrybuty materialnej cywilizacji oraz dla niej bałwochwalcze uwielbienie żyje prawdziwie, puszczając się standardowo na boku z jakimś podobnym jej mentalnie frajerem.

Ojciec tego pisarza widząc, jak się zmaga z rzeczywistością w żaden sposób nie mogąc się do niej dostosować i oczekując na koniec świata, dostrzegając, że nad Los Angeles nawet słońce świeci na czarno oświetlając ludzi jeżdżących w swych samochodach tak, jakby poruszali się w trumnach, próbuje go nakłonić do wyrwania się z tego stanu alsolutnej trzeźwiości serwując kilka popularnych banałów, które rozumny syn obala natychmiast w dwóch słowach. W końcu ojciec daje za wygraną i  sugeruje, żeby się po prostu dostosował do większości, żeby spróbował żyć wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi, żeby działał irracjonalnie i wybrał się na przykład na wycieczkę z patelnią i garnkami, albo spróbował chodzić tyłem z zawiązanymi oczami. Syn próbuje, ale nie daje rady, przytwierdzony do nóg sznur garnków ciągniętych z łoskotem po ziemi stanowi zbyt duży ciężar, próbuje się z nim wspiąć na górę, jednak nie daje rady. W końcu uwalnia się od brzemienia i próbuje drugiej rady, chodzenia do tyłu z zamkniętymi oczyma, lecz co rusz się potyka, niemal wpada pod samochód, uderza o kosz ze śmieciami i się wywraca, gdyż normalny człowiek nie potrafi żyć w świecie nienormalnym, nie może chodzić do tyłu, ani paradować z przytwierdzonymi do nóg garnkami, nie może zakładać maski na twarz, ani umywać rąk podsuniętymi mu specyfikami, nie może akceptować irracjonalnych rozporządzeń i nie dostrzegać terroryzmu państwowego, jest normalny, wszystko widzi, także to, że w wokół są niemal sami wariaci, a właściwie konformiści, którzy dla własnej korzyści, dla spokoju, dla zysku, zaprzedali własną wolność i przyzwoitość.

Zachowujący tradycję, strzegący swojego niewielkiego rezerwatu Indianie Navajo i kopalina uranu (Uranosa) na ich ziemi to symbol oraz metafora prawdziwej cywilizacji ludzkiej pochodzącej od Boga, a właściwie w przypadku Navajo od bogów, z immanentną jej duchowością.  Lech Majewski nawiązał tu nie tylko do legend Navjo, ale także do mitologii greckiej i alegorycznie oraz dość odważnie przedstawił, jak Uranos posiadł Gaję - Ziemię, a z tego związku narodził się Kronos, wielki tytan, który zdeptał potem anty-cywilizację Rotszyldów i wraz ze swoją siostrą Temidą, zesłali nam lepszy, sprawiedliwy świat, w którym jest miejsce tylko dla normalnych ludzi, jak ten pisarz i jego nawrócona ze złej ścieżki żona – jakby powiedział chrześcijanin – Niebieską Jerozolimę, tę boską, prawdziwą, a nie tę perwersyjną i złą, z Judei, która zamordowała z zimna krwią Chrystusa, Syna Człowieczego.

Zatem, to dobra nowina dla świata, nowa rzeczywistość wg Lecha Majewskiego będzie zupełnie inna, niż ta zaplanowana przez szatana, a realizowana przez Rotszyldów i s-kę oraz kolejnych poziomach piramidy podłości różnych Morawieckich, Szumowskich, Kaczyńskich itp. Ich świat upadnie dzięki interwencji Boskiej i nastąpi świat lepszy, ale tylko dla tych, którzy nań zasługują.

To bardzo dobry film, z przyjemnością polecam.

Comment

A PHP Error was encountered

Severity: Core Warning

Message: Module 'Phar' already loaded

Filename: Unknown

Line Number: 0

Backtrace: